las

cały dzień w lesie…jak zielono, a płuca aż bolą takie świeże powietrze:)

Ja pracowałam dzielnie na kocyku a Alex kręcił film z głównym bohaterem w mojej osobie….Hmmmm ten las tak przypomina las w Wągrowcu, przez cały ten Sh zapomniałam jaką przyjemnością jest siedzenie na trawie i rzucanie szyszkami w błękitne niebo.

Od kilku dni pracuję z domu. Tak mi lepiej. Bardziej twórczo. Pierwszy projekt szkoły zakończony. Teraz zabrałam się za domy. Z ciekawostek: w tradycyjnych domach z tego rejonu obowiązkowym wyposażeniem jest gnizdo dla ptaków ora miejsce na ul. No i zawsze zwierzęta w parterze, dzięki czemu ich ciepło pomaga ogrzać cały budynek.

Moją sielankę zakłóciło jedynie pogryzienie przez pchły, wredny pies wleciał do mojego pokoju…..Wszystko swędzi….

Reklamy

zatłoczona Almora

cisza o poranku

6 rano….i tak cicho, świat dopiero budzi się ze snu……Czas na joge i te góry………czyste błękitne niebo, śnieżne wierzchołki i miasto zatopione w chmurach! Dzień dobry i fantastycznego dnia:):)

It’s crazy but I enjoyed it

25-09-2010-sobota

Jakoś nie mogę przyzwyczaić się do pracującej soboty…sobota…a kiedy to uporządkować swoje myśli i kiedy to chociaż zrobić pranie czy poczytać jedyną polską książkę jaką się ma w dobytku?

Dlatego marzenie od samego poranku było jak najszybciej wrócić do swoich czterech ścian i zaszyć się na chwilę w sobie. A tu jak zawsze ponoć w takich sytuacjach bywa pojawiło się zaproszenie na kolację i to urodzinową i to od Pradeepa. Nie dało rady odmówić. Jedyne co wyegzekwowałam to szybką ewakuacja z biura i godzinkę z kawą i papierosem na mojej werandzie. No i z Alexem brzdękającym na gitarze w kuchni. Alex postanowił zostać moim współlokatorem po stwierdzeniu, że przypominam mu jego matkę i że mam dobrą energię….hm, przypominanie komuś jego matki wcale nie oznacza nic pozytywnego dla nas, aczkolwiek w tym przypadku dało mi to do myślenia. Matka Alexa jest(nie wiem jak to nazwać po polsku) “przekaźnikiem energii” podczas medytacji w ashramie. Zatem skoro mu tu dobrze niech sobie pomieszkuje. Dzięki temu ja mogę z zafascynowaniem patrzeć na prymitywny sposób myślenia 23 letniego osobnika płci męskiej, rozpieszczanego Duńczyka, wychowanego w ashramach na obu kontynentach, i czuć się staro……

Więc ja na werandzie on w kuchni na dole i żadnemu z nas nie chciało się iść, i do tego burza w oddali, szaro i wiatr zimny….ehhhhh. Poszliśmy zmotywowani jedynie szalonym powrotem w nocy przez las pełen dzikiej zwierzyny. W końcu coś się będzie działo tej soboty.

I to był najlepsza decyzja!

Pradeep i jego żona Shuba mieszkają w Dak Banglo jakieś pięć km od biura Aarohi, jednak zupełnie w inną stronę niż moja lokalizacja. ( Sushila posesje jest na najwyższym punkcie, więc generalnie do pracy mi się idzie przyjemnie, za to po pracy pod niekończącą górę…)

Typowa kolacja indian style zaczyna się w okolicach godziny 21-22, do tego czasu zdążyliśmy opróżnić dwie butelki rumu no i rozśpiewać się na dobre. Prawda jest taka, że im wiele nie potrzeba, żeby śpiewać cały repertuar piosenek filmowych od 1950 roku do dnia dzisiejszego. A wieczór rozpoczęli chłopacy od piosenki na moją cześć (no tak nie wspomniałam o tym nigdy, a to pierwsze co usłyszałam w Delhi gdy się przedstawiałam do taksówkarza…Monica o my darling! …ponoć z filmu bardzo starego), zatem wieczór rozpoczęty pieśnią Monica o my darling! , którą doprowadzili mnie do łez…takiego wykonania to każdy by pozazdrościł. Zdążyłam się dowiedzieć, że kinematografia w Indiach pełniła i pełni do dziś bardzo znaczącą rolę i to nie mówię tylko o Bollywood filmach, ale o alternatywnym kinie etc. A piosenki filmowe śpiewane przez młodych i starszych stały się nieśmiertelne.

Jedzenie…jak zawsze najlepsze…a obiecałam sobie nie jeść rękoma….ale jak tu nie jeść rękoma jak każdy tak jada…

Powrót do mnie…przy świetle pełni księżyca, właściwie latarka okazała się zbyteczna. No i to niebo usiane tysiącem gwiazd………

Zbawienna Mona

24-09-2010-Piątek

ehhh obudziłam się dziś w jakimś dziwnym nastroju, dziwne sny, potwory z przeszłości i jakaś złość…aż sama się zdziwiłam dlaczego mnie taki humor dopadł….więc jak osa wyleciałam do pracy w wisielczym nastroju. Całą górską drogę zamiast wdychać te piękne widoki przeszłam ze wzrokiem wbitym w ziemię marząc o kawie i papierosie. Właśnie w takich momentach wydaje mi się, że działają sytuacje magiczne i że zawsze ktoś lub coś pojawi się na horyzoncie z ratunkiem ciebie samego przed samym sobą. Gdy mnie dopadały potwory przeszłości w Szanghaju to za każdym razem Marta przychodziła z odsieczą. Jej, mój magiczny Aniele, gdzie się podział nasz lunch time nad śmierdzącą rzeką Suzhou…..więc ja dziś potrzebowałam takiego lunch na pomoście pomiędzy chinolami z wyciągniętymi brzuchami i z Tobą Marta utrzymującą mnie w barierach rzeczywistości. No tak, ale Ty już dawno na holenderskiej ziemi a ja już nie w szanghajskim smrodzie.

Kupując kawę i moje zbawienne papierosy Changdu, nauczycielka tańca i muzyki w szkole pociągnęła mnie za rękę i wsadziła do auta. Hm, więc bez kawy, bez papierosa porannego pojechałam, nie było wyjścia.

A wszystko za sprawą ostatniej ulewy. Większość pól została zniszona i tam gdzie samochody mogły dojechać tam pomoc z rządu docierała, ale tam gdzie nie da rady autem już nikt się nie kłopotał z odsieczą. Aarohi pomaga rodzinom dzieci ze szkół, więc naszym zadaniem było sprawdzić, odwiedzić, pocieszyć a później obmyśleć plan pomocy no i wysłać chłopaków, żeby pomogli. A dla mnie, bardziej jako wycieczka, zobaczyć architekturę lokalną no i wiadomo zobaczyć o co tu właściwie chodzi.

Jej, jak się cieszyłam, że jadę z nimi, bo przecież pozabijałabym wszystkich siedząc w biurze, a już napewno siebie samą. Zamiast jak Królowa Kier ścinając w wyobraźni głowy wszystkich napotkanych osób, trzęsłam się razem z furgonetką po serpentynie górkiej drogi. I kto by pomyślał, że dojedziemy do małej wioski o nazwie Mona:) (jedyne miejsce w okolicy gdzie można kupić alkohol!), stamtąd trzeba było już na nogach…..3 godziny hiking i to w upalny słońcu…ta wędrówka była jak zbawienie dla mnie. Wyrzucić, wyczyścić a w zamian połknąć z promieniami słońca pozytywną, świeżą energię.

Odwiedziliśmy dwa gospodarstwa. Z czego oba mają totalnie zniszczone pola. aczkolwiek było coś czego sama nie zrozumiałam, rolnicy tutaj mają trochę pola tutaj trochę tam trochę gdzie indziej, nie ma tak, że mają jedno wielkie pole dla siebie. Dzięki temu gdy przychodzi pora zbiorów pracują razem z sąsiadami, bo każdy ma kawałeczek mały( aczkolwiek gdy rozmawiałam z chłopakami z biura oni twierdzą, że przez taki podział nie mogą dobrez pielęgnować zbóż i że jest lekki chaos w rolnictwie). Tzw. praca zbiorowa, bo przyjemniej, bo bardziej wspólnie etc…no więc te gospodarstwa które odwiedziliśmy miały zniszczone tylko niektóre swoje małe części. Za to domy….ehhh większość wyglądała stabilnie, ale i tak widziałam pęknięcia, czy nawet totalnie zapadnięte stropy, przesunięte ściany jak ruchy tektoniczne (a prawda jest taka, że ten teren jest zagrożony trzęsieniami ziemi).

Hm, może jestem okrutna, ale jakoś nie zrobiło to wszystko na mnie wielkiego depresyjnego wrażenia. Wiadomo zrobiło mi się smutno z powodu straty jaką ponieśli ci ludzie, ale hallo!!…przecież ludzie umierają, chorują, są gorsze katastrofy, a ci ludzie tutaj i tak widać, że są gospodarni i dadzą sobie radę. Hm, nie no może powinnam to wymazać…..aaa sama już nie wiem, może czas się przyznać, że się jest Królową Lodową Bez Serca!

Wracając do zielonych pól, rwącej rzeki i powrotnej wspinaczki pod niekończącą się górę powinnam wspomnieć na samym początku, że mądra Monika wybrała się bez wody…a moi towarzysze to hindusi, którzy piją inną wodę, no i generalnie nie pije się z jednej butelki, a jak już to się nie dotyka tej butelki tylko wlewa sobie wodę prosto do buzi. W chwili gdy już mrowiło mi się przed oczyma i czułam fantastyczną sól na moich ustach, wzięłam trochę wody od chłopaków, jednak generalnie uparcie i z determinacją( w końcu mam to wytatuowane na stopie…) spieszyłam spowrotem do Mona, wioski okrzykniętej na moją część!!! I tutaj mały zong, który stał się dowcipem mojego dnia… gdy dotarliśmy do najbliższego sklepu, jedynego otwartego w tych godzinach….okazało się, że mają nawet snicersa…ale nic do picia!! Gdy to później opowiadałam Alexowi nabijał się ze mnie z płaczem, że jak to przecież Mona to jedyne miejsce gdzie możemy kupić alkohol, a Ty nic nie mogłaś dostać….

Jednak i tak pomimo wysuszenia organizmu super spędziłam dzień w terenie, smutasy wewnętrzne uleciały gdzieś daleko ode mnie, a ja napełniłam się samym pozytywem! HMMMMMM i zobaczyłam zwariowanego brodacza. Otóż tradycja praktykowana wciąż przez niektóre rodziny nakazuje, po śmierci ukochanej mąż bądź żona bądź zwyczajnie ukochana osoba odchodzi na kilka miesięcy na ubocze, staje się jakby pustelnikiem modląc się dniami i nocami o zmarłą duszę. I właśnie taką dziwną persone dane mi było dziś zobaczyć, a zaciekawił mnie on, ponieważ pierwszy raz widziałam hindusa w długich kędzierzawych włosach z wielką kruczą brodą i dzikimi oczyma. Siedział przed szałasem w lesie i patrzył złowrogo na nas.

Wieczorem przeniosłam się spowrotem do centralnego domku a na kolacaje zaprosiłam Lakshitę i Alexa do wspólnego gotowania, co oznaczało oni gotowali a ja robiłam zdjęcia. Oznajmiam oficjalnie, że moja kariera kulinarna zostala zakończona zanim na dorbe się zdołała rozpocząć!

Uciekam spać pod ochroną Tofu, pewnego żółtego psa kundla, który się we mnie rozkochał i nawet do biura za mną przychodzi. Niestety tutaj asekuracja psa nie oznacza nic dobrego, bo to najlepsze danie dla leparta…………….

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.