Zbawienna Mona

24-09-2010-Piątek

ehhh obudziłam się dziś w jakimś dziwnym nastroju, dziwne sny, potwory z przeszłości i jakaś złość…aż sama się zdziwiłam dlaczego mnie taki humor dopadł….więc jak osa wyleciałam do pracy w wisielczym nastroju. Całą górską drogę zamiast wdychać te piękne widoki przeszłam ze wzrokiem wbitym w ziemię marząc o kawie i papierosie. Właśnie w takich momentach wydaje mi się, że działają sytuacje magiczne i że zawsze ktoś lub coś pojawi się na horyzoncie z ratunkiem ciebie samego przed samym sobą. Gdy mnie dopadały potwory przeszłości w Szanghaju to za każdym razem Marta przychodziła z odsieczą. Jej, mój magiczny Aniele, gdzie się podział nasz lunch time nad śmierdzącą rzeką Suzhou…..więc ja dziś potrzebowałam takiego lunch na pomoście pomiędzy chinolami z wyciągniętymi brzuchami i z Tobą Marta utrzymującą mnie w barierach rzeczywistości. No tak, ale Ty już dawno na holenderskiej ziemi a ja już nie w szanghajskim smrodzie.

Kupując kawę i moje zbawienne papierosy Changdu, nauczycielka tańca i muzyki w szkole pociągnęła mnie za rękę i wsadziła do auta. Hm, więc bez kawy, bez papierosa porannego pojechałam, nie było wyjścia.

A wszystko za sprawą ostatniej ulewy. Większość pól została zniszona i tam gdzie samochody mogły dojechać tam pomoc z rządu docierała, ale tam gdzie nie da rady autem już nikt się nie kłopotał z odsieczą. Aarohi pomaga rodzinom dzieci ze szkół, więc naszym zadaniem było sprawdzić, odwiedzić, pocieszyć a później obmyśleć plan pomocy no i wysłać chłopaków, żeby pomogli. A dla mnie, bardziej jako wycieczka, zobaczyć architekturę lokalną no i wiadomo zobaczyć o co tu właściwie chodzi.

Jej, jak się cieszyłam, że jadę z nimi, bo przecież pozabijałabym wszystkich siedząc w biurze, a już napewno siebie samą. Zamiast jak Królowa Kier ścinając w wyobraźni głowy wszystkich napotkanych osób, trzęsłam się razem z furgonetką po serpentynie górkiej drogi. I kto by pomyślał, że dojedziemy do małej wioski o nazwie Mona:) (jedyne miejsce w okolicy gdzie można kupić alkohol!), stamtąd trzeba było już na nogach…..3 godziny hiking i to w upalny słońcu…ta wędrówka była jak zbawienie dla mnie. Wyrzucić, wyczyścić a w zamian połknąć z promieniami słońca pozytywną, świeżą energię.

Odwiedziliśmy dwa gospodarstwa. Z czego oba mają totalnie zniszczone pola. aczkolwiek było coś czego sama nie zrozumiałam, rolnicy tutaj mają trochę pola tutaj trochę tam trochę gdzie indziej, nie ma tak, że mają jedno wielkie pole dla siebie. Dzięki temu gdy przychodzi pora zbiorów pracują razem z sąsiadami, bo każdy ma kawałeczek mały( aczkolwiek gdy rozmawiałam z chłopakami z biura oni twierdzą, że przez taki podział nie mogą dobrez pielęgnować zbóż i że jest lekki chaos w rolnictwie). Tzw. praca zbiorowa, bo przyjemniej, bo bardziej wspólnie etc…no więc te gospodarstwa które odwiedziliśmy miały zniszczone tylko niektóre swoje małe części. Za to domy….ehhh większość wyglądała stabilnie, ale i tak widziałam pęknięcia, czy nawet totalnie zapadnięte stropy, przesunięte ściany jak ruchy tektoniczne (a prawda jest taka, że ten teren jest zagrożony trzęsieniami ziemi).

Hm, może jestem okrutna, ale jakoś nie zrobiło to wszystko na mnie wielkiego depresyjnego wrażenia. Wiadomo zrobiło mi się smutno z powodu straty jaką ponieśli ci ludzie, ale hallo!!…przecież ludzie umierają, chorują, są gorsze katastrofy, a ci ludzie tutaj i tak widać, że są gospodarni i dadzą sobie radę. Hm, nie no może powinnam to wymazać…..aaa sama już nie wiem, może czas się przyznać, że się jest Królową Lodową Bez Serca!

Wracając do zielonych pól, rwącej rzeki i powrotnej wspinaczki pod niekończącą się górę powinnam wspomnieć na samym początku, że mądra Monika wybrała się bez wody…a moi towarzysze to hindusi, którzy piją inną wodę, no i generalnie nie pije się z jednej butelki, a jak już to się nie dotyka tej butelki tylko wlewa sobie wodę prosto do buzi. W chwili gdy już mrowiło mi się przed oczyma i czułam fantastyczną sól na moich ustach, wzięłam trochę wody od chłopaków, jednak generalnie uparcie i z determinacją( w końcu mam to wytatuowane na stopie…) spieszyłam spowrotem do Mona, wioski okrzykniętej na moją część!!! I tutaj mały zong, który stał się dowcipem mojego dnia… gdy dotarliśmy do najbliższego sklepu, jedynego otwartego w tych godzinach….okazało się, że mają nawet snicersa…ale nic do picia!! Gdy to później opowiadałam Alexowi nabijał się ze mnie z płaczem, że jak to przecież Mona to jedyne miejsce gdzie możemy kupić alkohol, a Ty nic nie mogłaś dostać….

Jednak i tak pomimo wysuszenia organizmu super spędziłam dzień w terenie, smutasy wewnętrzne uleciały gdzieś daleko ode mnie, a ja napełniłam się samym pozytywem! HMMMMMM i zobaczyłam zwariowanego brodacza. Otóż tradycja praktykowana wciąż przez niektóre rodziny nakazuje, po śmierci ukochanej mąż bądź żona bądź zwyczajnie ukochana osoba odchodzi na kilka miesięcy na ubocze, staje się jakby pustelnikiem modląc się dniami i nocami o zmarłą duszę. I właśnie taką dziwną persone dane mi było dziś zobaczyć, a zaciekawił mnie on, ponieważ pierwszy raz widziałam hindusa w długich kędzierzawych włosach z wielką kruczą brodą i dzikimi oczyma. Siedział przed szałasem w lesie i patrzył złowrogo na nas.

Wieczorem przeniosłam się spowrotem do centralnego domku a na kolacaje zaprosiłam Lakshitę i Alexa do wspólnego gotowania, co oznaczało oni gotowali a ja robiłam zdjęcia. Oznajmiam oficjalnie, że moja kariera kulinarna zostala zakończona zanim na dorbe się zdołała rozpocząć!

Uciekam spać pod ochroną Tofu, pewnego żółtego psa kundla, który się we mnie rozkochał i nawet do biura za mną przychodzi. Niestety tutaj asekuracja psa nie oznacza nic dobrego, bo to najlepsze danie dla leparta…………….

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: