hiking

1/3-10-2010

W chodzeniu po gorach najbardziej lubie gdy mozesz poczuc te ogromna przestrzen wokol ciebie. To chyba w takich momentach zaczynam wierzyc w sile wyzsza, w stworce jakkolwiek go nazwiemy, no bo kto inny mogl stworzyc rzeczy tak niewyobrazalne.

W piatek 1 pazdziernika bylo swieto w Kumaoni poswiecone zmarlym z rodziny tzw. SHRADH(w kazdym domu znajduje sie oltarz, zdjecie etc poswiecone zmarlemu z rodziny, tego dnia wiesza sie kwiaty wokol portretu, zapala kadzidla oraz kladzie slodycz tzw PRASAD….gdy bogowie po jakims czasie poswieca je rodzina zjada slodycze kladac prawa reke na lewa i podnoszac “ciacho” do czola) dodatkowo na czole znaczy sie tzw TEEKE, czyli slad czerwonego i zoltego koloru, na farbe kladzie sie rowniez ziarenka ryzu-osobiscie spodobaly mi sie te rytualy, sama je odbylam na czesc Oony, zalozycielki Aarohi). 2 pazdziernika z kolei to urodziny Gandhi, czyli swieto narodowe. Korzystajac z okazji ucieklismy na dwudniowy trekking. Nasz cel to Binzar i Jagashwai.

W piatek Ja, Lakshita, Chetan i Alex wsiedlismy w wypelniony po brzegi autobus jadacy do Almory. Jedyne miejsce jakie znalazlam dla siebie bylo na silniku i po pol godziny jazdy myslalam, ze moje cztery litery ugotuja sie na dobre…..:) Tuz przed miastem napotkalismy stado bydla idacego rowniez w strone Almory, wiec kierowca oglosil przymusowa przerwe na herbate. Byla to szansa na ucieczke i rozpoczecie pieszej wedrowki. Szybki shopping w miescie, przekaska w postaci ulubionej samosa i taksowka ruszylismy ku bramy Binzar – Narowowego Parku, aby stamtad rozpoczac nasz pierwszy wspolny hiking.

Widoki niesamowite a ksztalt gor……… Po paru godzinach wedrowki jakims dziwnym trafem odkrylismy, ze idziemy w totalnie zlym kierunku a nasz guest’s house znajduje sie na gorze na przeciwko…… zabawnie bylo, poniewaz dzieki naszemu zagubieniu szlismy dodatkowo 3godziny po gorskim grzbiecie majac na prawo i na lewo przepasc….slonce, ktore dotyka twoje oczy, zielen trawy w ktorej mozna utopic stopy, szum drzew……chcialoby sie tak spacerowac cale zycie. Zostac, zapomniec o miescie……Nie wsomnialam, ze w tej czesci Utarahhand co rusz mozna napotkac wioski hippisowskie (Francuzi w przewadze).

Wieczorem dotarlismy do miejsca, w ktorym rzekomo mielismy spedzic noc, jednak okazalo sie, ze wlasciwie nie maja jedzenia dla nas i sugerowaliby nam isc dalej…..hehehehe, kazdy chyba zna to uczucie wyczerpania psycho fizycznego, spazmatyczne smiechy z niczego, bol w lydkach i burczenie w zoladku…..no to poszlismy dalej…..Lakshita plakala, ze juz nie moze, chlopaki udawaly ze daja rade, a ja  palilam fajke za fajka z desperacja myslac o butelce rumu w plecaku Alexa-naszym jedynym pozywieniu:):):)

O zmroku dotarlismy do lesniczowki, gdzie ja u kresu wyczerpania bardziej psychicznegi, no bo tak by sie chcialo umyc zeby….., totalnie niewierzylam ze ktos moze nas tam ugoscic. A tu po pol godziny krzykow i nawolywan…z lasu wyszlo dwoch lesniczych z siekierami, w zielonych spodenkach jak z kreskowki i czapeczkach z piorami………nic dodac nic ujac nasi wybawiciele byli jedyni w swoim rodzaju. Po kolejnych minutach pertraktacji, bo tutaj nikt nie moze spac, trzeba miec rezerwacje z Almory, bo rzad zabrania…..ugoscili nas jak prawdziwych krolow i znalazl sie ryz z curry, nasza najsmaczniejsza kolacja w swiecie i herbata z mlekiem o wschodzie slonca i chapati na sniadanie……cudownie.

Przy blasku pierwszych promieni slonca ruszylismy w strone Jageshwar. Pierwszy raz w zyciu szlam w chmurach, Nanda Devi usmiechala sie do nas z daleka, a zielono zolte ptaki tanczyly wokol nas:)

Po kolejnych zagubieniach ( zapomnij o jakimkolwiek oznaczeniu szlakow…)dotarlismy do Jageshwar, najpierw Old, gdzie szalone malpy atakowaly z drzew, a pozniej (przechodzac przez fantastyczne pole marysienki:):)New Jageshwar, ktory jest kompleksem 124 swiatyn z 7 w. n.e. Najbardziej urzeklo mnie w tym miejscu lokalizacja…tlem dla swiatyn jest ciemny ponury las, co tworzy niezapomniania atmosfere.

Pozytywnie zmeczeni przy dzwiekach suffi ruszylismy taksowka do Almory. A tam buaaaa kolejna atrkacja:)zostalismy zaproszeni na noc przez dziadka Lakshity. Jego dom to najwiekszy budynek mieszkalny w calej Almorze, jako jedyny zostal oznaczony na google map, co dla mnie okazalo sie przekaska nie do ominiecia! Wieczorem padlismy jak muchy. 5:30 wschod slonca……wszyscy spali, a ja ruszylam na samotne odkrycie tego czarodziejskiego miejsca zwanego 9domow( poczatkowo wlascicielem calego kompleksu byl jeden z braci, jednak pozniej z racji finansow podzielil sie swoja wlasnoscia z 8bracmi)…..sama nie wiem, czy to, ze jedyna osoba jaka spotkalam byl sluzacy zamiatajacy dziedziniec, czy to, ze za tarasem pienily sie chmury, czy to, ze chodzilam w porannej mgle, czy te arkady, czy wspomnienie ksiazek Marqueza…juz sama nie wiem, ale tak pokochalam to miejsce….a na deser zza murow posiadlosci ujrzalam panorame miasta zatopionego po czesci w chmurach, jakby portowe miasto budzilo sie do zycia. I jak tu nie kochac Indii…………………..Kubek butter milk na lunch i ruszylismy jeep tax do Aarohi.

Dzien wczesniej przyjechal Puneet z rodzina z Delhi, dostawa zoltego sera, tofu, papier toaletowy no i tampony! Troche luksusu przyda sie po gorskiej wedrowce 🙂

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: