The Wedding’s Trip

Piątek 15.10 wieczór- czekamy i czekamy. Czekamy pod sklepem na autobus. Właściwie nie wiadomo czy przyjedzie czy nie, ale i tak czekamy. Musimy dziś w nocy dotrzeć do Bageshwar. Ciemno, chłopaki z biura nam towarzyszą, śmiechy, jedzenie samosy, kolejny papieros, kawa, a autobusu jak nie ma tak nie ma. W końcu ktoś się zlitował i zadzwonił po taksówkowe. Teraz wiemy, ze na pewno dojedziemy, pozostaje czekać za autem.

9:30 pm jedziemy. Ściśnięci jak sardynki na tyle nissana jedziemy przez Almore. Krótka przerwa na zakup prezentów, moja kurta…ah i tak nie pasuje mi na ślub, no ale zawsze się przyda, no i dla Alexa “pan”, jedziemy do Bageshwar. Oznacza to ok 4 godziny jazdy. Ja tam śpię, jak zawsze we wszelkich środkach lokomocji.

2:30 am dojechaliśmy. Właściwie musieliśmy dotrzeć do Bageshwar, żeby odebrać Dr Pravindra. Zostaliśmy na noc w przemiłym hotelu, w którym stoi ekipa z Aarohi. Jej jak milo spotkać znajome twarze:) Dla mnie to fantastyczne uczucie, gdy pojawiasz się w zupełnie nowym miejscu a tam słyszysz…hey Monika!

Szum rzeki Saryu kładzie mnie do snu.

Pobudka za każdym razem wygląda tak samo. Ja to nazywam Indian’s Time, gdy ktoś z Indii powie wam, ze spotykamy się o 7 rano to oznacza, ze spotykamy się o 9:), tak samo z pojęciem odległości, ilości, wielkości, na wszystko trzeba brać poprawkę. Dzięki temu ja miałam czas na samotny spacer nad rzeka i zapoznanie się z lokalnymi przedstawicielami płci męskiej…..

Chłopaki zorganizowali jeep’a no to ruszamy. Przed nami ok. 10 godzin jazdy przez serpentyny górskie z widokami na fantastyczne śnieżne wierzchołki.

Dla tzw błogosławieństwa sil wyższych zatrzymaliśmy się przy Baijnath- kompleksie świątyń z 9 wieku. Chłopaki nakarmili ryby/przy wejściu dostali specjalny pokarm dla ryb/ a ja oznaczyłam się teeka. No, teraz to na pewno podróż będzie udana:)

Panjabee Suffi, Indian Ocean i od czasu do czasu The Doors…..jupiiii jedziemy!!

Gwaldam- (teraz już jesteśmy na terenie Garhwal drugiego rejonu Uttarakhand)- Rudraprayag- Ghansyali…..góry, góry, góry……co tu dużo pisać…..fantastycznie! Tak sobie myślę, ze tak naprawdę przyroda bez elementu cywilizacji jest jakby jej czegoś brakowało…dla mnie niesamowite są te malutkie domki, które pojawiają się gdzieniegdzie na zboczach górskich. Czy to właśnie nie przez architekturę budynków mieszkalnych można tak naprawdę poznać prawdziwe oblicze lokalnej ludności?


I ta rzeka, która nas wciąż śledzi, a możne to my ja śledzimy. Wokół niej toczy się prawdziwe życie. Ludzie piorą, pływają, odprawiają pogrzeby, poją zwierzęta…..lazurowy kolor wody odbija w swoim zwierciadle niebo….pięknie.

Noc, ciemno, kurz z drogi wpada mi w oczy a moje włosy powoli zamieniają się w dread locks.

Górskie drogi są bardzo wąskie, żeby auta mogły się minąć za każdym razem jedno z nich musi zjechać w jakieś zakole, lub wycofać i ehhh ta przepaść po mojej stronie trochę wprawia mnie w zawrót głowy. Przy takim jednym manewrze kierowca ciężarówki nie chciał nam ustąpić drogi, zaczęły się przepychanki…. Dziesięciu hidusów wokół naszego auta, krzyki, jeden bije drugiego, a ja sobie myślę…kurcze mam zakryć twarz czy mam robić zdjęcia:) Ktoś zaczął bić naszego kierowce, inni stanęli w jego obronie, ja już sama nie wiem, zaczęłam sobie myśleć jak to jest, ze jestem jedyna kobieta w tym całym zamieszaniu….tak szybko jak rozpoczęła się bojka tak szybko się zakończyła. A mi jedynie było bardzo żal naszego kierowcy. Chwyciłam go za rękę i musiałam wyrzucić z siebie tyle słów otuchy ile udało mi się odnaleźć w sobie. Wydaje mi się, ze takie rzeczy są ważne, żeby w takich momentach nie zostawiać człowieka samego, nawet jeśli jest on nam zupełnie obcy. Dostałam później od niego wielkie czerwone jabłko w podzięce:)

Okazało się, że nie dotrzemy dziś do Uttarkashi. Zostajemy na noc jak w piosence Coldplay… in the middle of nowhere… się później okazało w Ghansyali.

Kazali mi zostać w aucie, wiec zostałam, wesele na ulicy, szalony wehikuł z zamocowanymi trąbkami, bębnami przemieszcza się ulicą z procesja państwa młodych. Szalona muzyka, ludzie przyklejają nosy do szyby auta przyglądając mi się z zaciekawieniem. Chłopaki wróciły z butelka rumu i plastykowymi kubkami….hmmmm coś nie gra, patrzą się na mnie i oznajmiają..złe wieści…jest tylko jedno miejsce gdzie możemy zostać na noc, ale warunki są straszne…..hm, no tak księżniczką jestem, ale nie przesadzajmy. Podstawa podróżowania z plecakiem to własny śpiwór i dobra organizacja przyrządów higienicznych, reszta mnie nie interesuje:). hmmm, no ale faktycznie, może ten hostel był ponad moje siły….Po kolacji, podpiciu się dla odwagi spędzenia nocy w zionącym wszystkimi obrzydliwymi zapachami miejscu, ja zaszyłam się w śpiworku…o prysznicu można zapomnieć, lepiej niczego nie dotykać.

5 rano…..ruszamy! Wesele zaczyna się o 11 a nam zostało 170 km górskiej drogi.

Cała ta jazda jakoś dziwnie kojarzy mi się z filmami Kusturici. Szalona droga, energetyczna hindi muzyka, nie znam hindi, ale mogę zaśpiewać każdą z przesłuchanych piosenek:)…no i góry. Na dzień dzisiejszy dla mnie- najpiękniejsze na świecie góry!! HIMALAJE:)

Hindusi wierzą, ze Shiva, bóg destrukcji, który na koncu tego wszystkiego będzie tańczył tandava mieszka w Himalajach. Kurcze, polubiłam go od pierwszych historii jakie mi ludzie o nim opowiadają( bo najlepiej mitologie poznać od ludzi a nie z encyklopedii:). A pierwsza historia była opowieść o tym, jak bóg Shiva chciał porozmawiać ze swoja zona, jednak malutki synek zabarykadował mu drzwi do domu. Na to poirytowany bóg obciął głowę synowi, no bo jak maluch śmie tak zabawiać się z ojcem. Matka wściekła kazała Shivie przynieść nowa głowę dla dziecka. Hmmmmm, no i pierwszą głowę jaką udało mu się znaleźć była głowa słonia…

Od innej osoby usłyszałam historie, dlaczego w świątyniach Shivy przedstawiane są organy płciowe….no cóż, okazuje się, że Shiva mieszkający w górach ze swoja żoną (druga z kolei zona) pali marihuane i uprawia dużo sex u….na co ja się śmieje, to chyba dlatego ludzie przyjeżdżają w Himalaje…ze może to najlepsze miejsce na niekończący się sex? Kto wie!? No nic, mi przypadł najbardziej do gustu z całej trójki czołówki hinduskiej mitologii.

A wracając do mnie, do auta, do chłopaków i do naszej drogi…Jedziemy przez uśpione miasteczka, puste ulice, gdzieniegdzie ludzie zamiatają drogi, psy włóczą się bez celu. Miasto śpi!

Krotka przerwa na lunch w małej wiosce. Dziewczyna, która nam przyrządza samosa może mieć nie więcej niż 14 lat. Zaprowadza mnie na tył budynku, gdzie znajduje coś na wzór prysznicu. Hm… no to hlussss, szussss, wiadro zimnej wody na mnie….kobiety z budynku na przeciwko patrzą się na mnie…. no co ja mam zrobić, umrę jeśli się nie wykapie tu i teraz!

Po paru godzinach Uttarkashi na horyzoncie. Hurrraaaaaa, jesteśmy wielcy, dojechaliśmy, dokonaliśmy!

Panorama miasta z góry zapiera dech: zakole rzeki, szerokiej Gange, pudełeczka domów, dźwięki. Cudownie jest słyszeć jak w dolinie miasto budzi się do życia.

No i Ganges…moje pierwsze spotkanie ze świętą rzeką….Jest piękna, szeroka i ten lazur!

Póki co musimy dojechać do wioski pana młodego Barsu- 3650 mnpm. Serpentyna, kurz, szybka prędkość, szalona muzyka i aaaaahhhh mój przyjaciel Shiva pozdrawia mnie serdecznym uśmiechem!

12:30 Barsu, dobiliśmy, dojechaliśmy. Uroczystość się już zaczęła, a raczej baraat_procesja pana młodego do domu panny młodej. No nic, zdążyliśmy pomachać i już pojechali do Uttarkashi. Konieczny prysznic, nasze odświętne stroje:).

Lokalne kobiety zaczynają mi się przyglądać, no i dzieciaki…..jej jak ja nie lubię dzieci. Moja antypatia do tych osobników sięgnęła apogeum już w Chinach, jednak teraz…..dlaczego one się tak kleją do mnie, patrzą się i nic nie mówią. Patrzą tymi wielkimi oczyma. Nie lubię dzieci.

“Rodzinne zdjęcie” naszej podróżniczej ekipy i ruszamy śladami Pravendra.

W miejscu panny młodej zainstalowany został wielki namiot. Zastaliśmy wszystkich gości siedzących na krzesełkach a pana młodego na przeciwko na tronie. Czeka na pannę młoda. Hmmm, zapomniałam wspomnieć najważniejszego. Po pierwsze małżeństwo to było zaaranżowane, czyli eh zero miłości, no i faktycznie. Patrzyłam się na ich oczy i nic. Nic nie znalazłam. Po drugie ceremonia ta była inna od typowej hinduskiej ceremonii ślubnej, miała więcej lokalnych elementów. Po trzecie- ostatnie, Pravender jest dla mnie jak wampir energetyczny, dlatego miałam obiekcje czy jechać na to wesele czy nie. Ahhh długa historia na inny moment…..No, ale tak, przyjechałam, dojechałam i miałam zamiar spędzić cudowny czas, i tak było:).

Tymczasem weszła panna młoda z druhnami…..trochę dezorientacja, hm no tak pozwolę sobie na szczerość do bólu…nie dziwie się, ze to małżeństwo zaaranżowane. Po błogosławieństwach duchownego, zdjęciach “familijnych” ruszyliśmy na lunch. Co mnie urzekło najbardziej…kobiety…ich stroje, te kolory, ta biżuteria. Cudownie!

No i tak lunch okazał się dla mnie zabójczy, a może bardziej dla mojego żołądka. Oficjalne ogłoszenie pierwszego zatrucia w Indiach. I ehhh te dzieciaki wokół mnie, co one chcą ode mnie. Jedna kobieta ciągnie mnie za rękę…..jak masz na imię? Monika? Monika wyglądasz jak lalka Barbie, bardzo nam się podobasz…..Rany! Żołądek boli coraz bardziej, Mała dziewczynka z przejęciem staje przede mną…..When you smile you look gorgeous…….Uciekam! Biegnę do domu panny młodej, tam zaraz się zaczną kolejne obrzędy, ktoś ciągnie mnie za rękaw…siadaj tam, tam zobaczysz najwięcej! No to siedzę. Siedzę w pokoju panny młodej, gorąco, zapach starych owoców. W pokoju panna młoda i dwie towarzyszące jej dziewczyny, no i ja. Jedna, piękna hinduska pyta mi się czy rozumiem hinduski, hmmm jeszcze nie, aha to dobrze, to znaczy ze nie rozumiesz nas:)…..o rany mój żołądek. Daje rade, patrze na ręce wytatuowane henna…z kolei jej podobają się moje tatuaże:). Cała w czerwieni jest, na jej nosie wisi wielki kolczyk, który jest na tyle ciężki, ze musi być zahaczony o łańcuszek.

Mam widok na to co się dzieje w drugim pokoju. A tam pan młody z rodzicami i duchownym, odprawiają jakieś czary…….wiążą sznurki na rękach, wymieniają pieniądze, sypia kwiaty na siebie. Tymczasem panna młoda ziewa. Za chwile wchodzą jej rodzice no i Pravender ze swoimi i duchownym.

Na środku pokoju ustawiony został ołtarz, kadzidła, owoce w miskach, kwiaty, ryż i wielka kukła. Zaczynają odprawiać “magie” 🙂 Pozwolili mi zostać i robić zdjęcia. Patrze urzeczona tą nowością dla mnie! Odmawiają mantre, wiążą sznurki wokół dłoni, wymieniają pieniądze, obsypują się kwiatami. Chciałam zostać do końca, ale duszno, ale podłoga z sufitem mi się pomieszała i musiałam ewakuować się na dach budynku. A tam….dzieci:) Moje ulubione stworzenia:) Hm, no i znów zostałam obsypana kosmicznymi dla mnie komplementami. Jej!!

Wszyscy sąsiedzi zeszli się na wesele. Jest tłoczno i kolorowo. Państwo młodzi idą na tył budynku a tam kolejna część ceremonii, obejście siedem racy dookoła ognia. Teraz duchowny związuje ich złotą szarfą na znak jedności/co za dosłowne podejście do sprawy;)/. Każdy z okręgów symbolizuje kolejne przyrzeczenie, jak w naszych ślubach…przysięgam wierność, przysięgam szacunek rodzicom, przysięgam że będę do końca życia z tobą etc……

Mój żołądek nie daje rady, siedzę na krześle otoczona dzieciakami. Każdy chce do mnie mówić, są zachwyceni moim włosami. Każde chce żeby mu zrobić zdjęcie…..nareszcie….ostatni okrąg i wracamy do budynku. Po drodze kolejne błogosławieństwo nad czarna krowa. Państwo młodzi karmią ją i obsypują kwiatami i idą się przebrać.

Czekamy na ulicy. Patrzę się na kobiety, są takie kolorowe, nie mogę się nadziwić. Duchowny czeka z wielkim kokosem przed autem, młodzi wsiadają i już jada w stronę Barsu.

Trochę się wyczerpałam. Ta część uroczystości odbywająca się w domu panny młodej to tzw. vidai.

Zabieramy ze sobą dwóch DJ-ów. I zaczyna się zabawa w aucie:) Moja ulubiona piosenka stała się sponsorem naszej wyprawy na wesele:) DJ podłapali to i ahhhh  później tańczyliśmy ją w kolorowym namiocie przy świetle gwiazd w towarzystwie śnieżnych 5 – tysięczników ….. Jednak zanim to, gdy dojechaliśmy z powrotem do Barsu nastąpiła procesja…pan młody jechał na koniu a panna młoda w lektyce. Co jak się udało mi dowiedzieć symbolizowało wyższość mężczyzny nad kobieta. I oto przed świątynią odbyła się moja ulubiona część ceremonii….błogosławieństwo przez boga Kobrę /ponoć tylko w tym rejonie ma miejsce/. Na dwóch kijach umieszczona była jakby wielka czerwona kula z tkanin, dwoje ludzi trzymało za końce kijów. Hm, muzyka z trąb i drums. A zwój kręcił się i poruszał w dziwnym rytmie. Ktoś zza mną zapytał mi się czy wierze, ze ten zwój porusza się samowolnie, w sensie że tam mieszka bóg…..a ja cóż, ja nie wierze w ducha Kobrę, więc jak mam wierzyć że on teraz się porusza…?

Kolacja i DJ woła mnie przez mikrofon puszczając moja ulubiona piosenkę. Co miałam zrobić, poddać się rozstrojowi żołądkowemu i zmęczeniu czy zwyczajnie zacząć zabawę….wybrałam drugie. Zatem oto Monika nielubiąca dzieci rozpoczęła zabawę taneczną otoczona gromadą małych chłopców……a potem już wszyscy. Parkietowe szaleństwo w indiańskim stylu:)


Padłam jak mucha ze zmęczenia żeby obudzić się o świcie.

 

Chłopaki spały smacznie, więc ja czmych na spacer…..jak spokojnie, co za góry, co za widoki i to słońce kujące w oczy!

Poszłam do wioski, a tam same kobiety, gwar i śmiech. Nad wielkim kotłem wspólnie przyrządzają śniadanie: pure i zabzii. Ktoś mi się pyta czy brałam lekcje tańca, bo tak fantastycznie bawiłam się w nocy…o rany!! Połknęłam pure i ruszyłam w górę. Na końcu wioski znajduje się tybetańska świątynia, tylko jakoś tak mi się zgubiło drogę i zamiast dotrzeć do niej, szłam i szłam i szłam w góre:). Tak spokojnie, zielono, błękitne niebo i wysokie Himalaje tak blisko. Tak Puneet, w takich chwilach ja czuje się complete ;).

Zdążyłam wrócić a chłopaki leniwie rozpoczynają dzień. Po 12 ruszamy w drogę powrotna. Uttarkashi- Chamba- Rishikesh- Haridwar.

Gdzieś pomiędzy Uttarkashi a Chamba wskoczyliśmy do Gangesu. Jej jaka czysta górska woda, jaka szeroka ta rzeka. Tylko trochę lodowata, ale w całym tym upale okazała się zbawienna kąpielą!

Noc, miasta w dole wyglądają jakby ktoś rozsypał diamenty w ciemnościach. Mrugają do nas złotymi światłami. Jedziemy w rytm sufi. Wyczerpani, zaspani. I tu buhhh. Droga zamknięta, uzbrojeni po szyje żołnierze barykadują przejazd. A nam tylko 60 km zostało do Rishikesh. Hmmm, no to jak to Pravind nazwał: jestem osoba korupcyjna, ja to załatwię! Cale 400Rp załatwiło sprawę. Tylko prawda jest taka, ze drogę blokują po godzinie 9 wieczorem z uwagi na bezpieczeństwo. Górskie drogi, to zwykła piaskowa droga z przepaścią po jednej stronie…..no ale dotarliśmy szczęśliwie. W Rishikesh nie udało nam się zorganizować noclegu, wiec ruszyliśmy do Haridwar. Jest hostel, ludzie śpią na korytarzach, żadnych obcokrajowców….Ruszyliśmy na kolacje, no tak ja z racji choroby cala drogę powrotna przeżyłam na sucharkach i wodzie, jednak na kolacje nie omieszkałam skosztować parathass.

19-10-2010 Wtorek. Ruszamy z Haridwar do Haldwani. Jeszcze tylko spacer nad Gangesem. I tutaj pierwszy raz miałam styczność z tym drugim obliczem Indii. Biedacy ciągnący mnie za nogawki, dzieci błagające o pieniądze, i tłumy ludzi nad rzeka kopiących w piasku właściwie czego oni szukają…..za wiele jak dla mnie na dziś. Uciekłam do auta.

Teraz droga prowadzi przez miasta. Góry śnieżą się w oddali. Małpy skaczą nam pod kola, Chetan mówi, ze możemy spotkać słonie. Ahhhh, słonie, moje ulubione. Wypowiadam życzenie na głos, że specjalnie dla mnie pójdzie ulica słoń. Alex się śmieje, ze życzenia wypowiedziane na głos się nie spełniają. Co tam, moje życzenia zawsze się spełniają! I zasypiam. Budzą mnie krzyki…słoń, Monika twój słoń….:)aaaaaa wiedziałam. Wybiegam z auta jak małe dziecko na boska! heheheheh, fajna młoda słonica, ma zaledwie 27 lat. A ja co…czmych na słonia i jedziemy! Fajnie tak przemieszczać się ulica pełna aut takim wielkim zwierzakiem…..zawsze mamy pierwszeństwo.

Cała ta podróż wyczerpała nas totalnie, brudni i poirytowania no ale szczęśliwi dojechaliśmy do Haldwanii. Ostatnia wspólna kolacja- dosa i ruszamy do Satoli. W rytm naszych szalonych hinduskich pieśni. Moje gardło zdarte, moje włosy…dread locks…i kurz w zębach…

Wróciliśmy ok 9 wieczorem, mnie jeszcze czeka samotna wspinaczka i już zamknąć oczy w swoim łóżku.

Reklamy

One thought on “The Wedding’s Trip

  1. Przeczytalam to, jakby to byla jakas fascynujaca opowiesc. Niech zyje odwaga i chec poszukiwania siebie i przezyc, ktore nas wypelniaja!!! Tak dalej!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: