Corbusier cd

5-11-2010

No tak, jechalam 13h. Jedyna kobieta w autobusie. W dodatku biala kobieta. Ostatnio naczytalam sie niesamowitych historii spowodowanych roznicami kulturowymi no i podrozowaniem samotnych europejek. A co tam, zacisnelam zeby i jechalam. Mysle sobie, ze jesli postanowimy, ze wszystko bedzie dobrze to bedzie. No i bylo.

Bezpiecznie dojechalam. 7 rano…..kawa i sniadanie w najblizszym hotelu. Rzut oka na cennik pokoi….o nie. Tutaj nie bede spala. Aczkolwiek te krysztalowe zyrandole jak z chinskich swiatyn przepychu kusily kusily.

Zamiast tego zakwaterowalam sie w hostelu. Calkiem milym.

No i ruszam na miasto!!!!

Ah, drogi LeCorbusierze……jakie to miasto jest zupelnie inne od tych, ktore dotychczas widzialam. Siatka ulic pod katem prostym, drogi szerokie na dwa pasy w kazda strone. Chodniki…coz brak. Miasto typowa maszyna, swtorzone jedynie do przemieszczania sie pojazdami badz rowerami. No i brak zebrakow…..o dziwo.

Dzis dewali, wiec wszystko pozamykane. Zapraszam Pana Okularnika na spacer w moim towarzystwie:)W strone jeziora Sukhna Lake. Szlam i szlam…niby jedyne trzy sektory do przejscia, a wydawalo sie nieskonczonoscia. I te wspaniale modernistyczne domu na prawo i na lewo. Super odmiana, zaczelo mi sie podobac i to bardzo.

Moze troche o planie miasta, zatem na polnocy stoja budynki rzadowe oraz czesc rekreacyjna jak ogrody, pole golfowe i jezioro. Miasto zostalo podzielone na sektory z prostopadla siatka ulic. Kazdy sektor ma swoj ogrod, centrum handlowe i czesc edukacyjna, jak przedszkole, szkola, dom kultury etc. Wschod i zachod to tzw. industrial area.

Hm, a miasto Chandigarh jest obecnie stolica dwoch stanow Indii: Punjab i Haryana.

W latach 40-tych przy projektowaniu miasta pracowal Albert Mayer i Matthew Nowicki. Tak Polak:):)ale z USA, no ale i tak milo popatrzec na “polskie” dzielo w Indiach…no oprocz moich:):):)hehehe. Zatem ci dwaj panowie wymyslili modernistyczny uklad miasta. Niestety krotko po tym nasz rodka zginal w katastrofie lotniczej a pan Mayer zrezygnowal ze zlecenia…no i tutaj na karty histori wchodzi moj ukochany Okularnik!

Z tego co wyczytalam i odnalazlam w tym miescie to ahhhh pracoholik Corbusier odnalazl sie na tej ziemi:). Otozł swoje “szalone” wizje o geometrii i proporcjach , o maszynie do mieszkania, zrealizowac od podstwa na skali calego miasto. Co oczywiscie uczynil:)

Zatem jestem….jezioro. Nawet tutaj mozna odnalezc geometryczny porzadek. No i kazdy detal zaprojektowany w jego stylu: latarnie, lawki, stoliki, nawet studzienki kanalizacyjne w calym miescie maja wyrysowany plna miasta:)

No tak popływałabym na łódce, ale wszystko pozamykane. No tak Diwali…jedno z najwazniejszych świąt w Indiach. Za to błądząc po parku odkryłam stadninę koni. I ach..tym razem nie na słoniu ale na koniu dane mi było jeździć:)

Cudowny leniwy piątek, wszystko bomba tylko jeden podejrzany typ zaczął mnie śledzić…szybka ewakuacja do taksówki!

Jeszcze zahaczyłam o tzw. Nek Chand Fantasy Rock Garden. Hm…to też jest dziwna historia, ponieważ pewien inżynier drogowy, który pracował przy budowie miasta był zbulwersowany tym ile ludzie marnują kamienia, ceramiki etc. Zatem on sam jedyny kolekcjonował te pozostałości, resztki, odpady i po kryjomu, w swoim domu w lesie tworzył niesłychaną armię małych ludków, zwierząt i jakiś dzwinych postaci. Dopiero po 15 latach rzad odkrył jego “dzieło”. I choć zdaje mi się to lekką powtórką z dzieł Gaudiego w BCN, to i tak miło popatrzeć.

Wieczorem zmęczona padłam z zamiarem zaśnięcia o wczesnej porze. Ale tak…fajerwerki za oknem…ludzie świętują a ja mam iść spać…..Super, poczułam się jak w europejski Nowy Rok :). Ta świąteczna atmosfera udzieliła mi się.

/Diwali_święto na cześć boga Ramusa, który po 14 latach wygnania powrócił do swojego królestwa. Inaczej nazywany jest Festiwalem Światła, domy przystrojone są jak w nasze Boże Narodzenie i co mi się najbardziej spodobało wiele domów przystrojonych jest świeczkami. Tuż przed świętem każdy sprząta domy, wyrzuca co niepotrzebne i wspomaga biednych. A w wieczór świąteczny dają sobie upominki, niebo rozświetlają sztuczne ognie etc./

Znalazłam gwarne miejsce z grilami/bo Panjab to kurczaki przede wszystkim/, z tłumem turbanistych tłuściochów no i tak….biali ludzie! Zjedliśmy kolację świąteczna, wymieniliśmy bazę danych na temat Indii i ja już definitywnie padnięta poszłam spać.

6-11-2010

Mój najdroższy W….wszystkiego najlepszego z okazji urodzin!!!!

Hurrra ruszam na podbój najważniejszych dla mnie budynków.

High Court- więzienie….w drodze do niego zahaczyłam o malutkie muzeum o tym jak, dlaczego i co. Jej, w tym więzieniu przebywali najwięksi mordercy etc…Pracownik muzealny ucieszył się ogromnie na mój widok, może byłam jedynym gościem od dawna..:). Tylko gdy chciał mnie przytulić i wycałować musiałam uciekać stamtąd.

ooooo High Court, fantastyczny budynek. Myślę sobie, że w takim więzieniu mogłabym zamieszkać. Ale buuaaa pojawił się mały problem, a w Lonely Planet nie powiedzieli, hehehhe, żartuję. Zatem strażnik uzbrojony po szyję zagroził mi drogę wielkim czarnym karabinem i oznajmił, że skoro nie mam pozwolenia z Departamentu Architektonicznego to nie bardzo mogę wejść i zwiedzać.

Co??? To ja jechałam tyle godzin, żeby teraz on, taki wielki uzbrojony powiedził mi, że nie da rady……

No to nie było innego wyjścia…zaczęłam czarować:):):):):) Z tego wszystkiego dostałam pozwolenie wejści na 15 min, ale bez aparatu. Hm…komórki mi nie zabronił trzymać przy sobie…..Nie mogłam sobie pozwolić na opuszczenie tego budynku bez pamiątkowej fotografii na sławnej rampie!!

No tak, trochę mnie to nie usatysfakcjonowało, więc po wyjściu obeszłam budynek i zakradałam się po murku jak jakiś przestępca, żeby pstryknąć tylną fasadę…..I ah, co za blond girl…..idę idę po takim półtora metrowym murku, z lękiem wysokości w kościach i trzęsącymi się kolanami. Oh, Panie Corbusier, jeśli zginę przez Ciebie tutaj w Indiach to nie wiem co!!! A tu spod ziemi wyrasta uzbrojony po szyję kolejny przedstawiciel mundurowy…….i się śmieje ze mnie. No tak, wystarczyło się uśmiechnąć, życzyć szczęśliwego dewali i w wojskowej eskorcie obejść budynek dookoła, pstrykając tyle zdjęc ile się chciało…..

Zaraz z więzieniem znajduje się przedziwna rzeźba….tzw. Open Hand: Open to give, Open to receive….hm sama nie wiem, co On miał na myśli stawiając ten monument przed oknami więźniów……

No to idę dalej drogi Panie Okularniku.

Vidhan Sabha i Secretariat. Tak tutaj już nie było tak wesoło. Musiałam pokazywać przy każdej bramie paszport, tłumaczyć co i jak, no i dlaczego nie mam tego cholernego permit letter. No jak to dzwoniłam tam od wczoraj, ale, że dewali, że dziś sobota, nikt nie pracuję. A ja z Polski, tylko jeden dzień mam w Chandigarh, no i architekt, a te dzieła takie ważne, no i wielki blondynkowy uśmiech na twarzy. Udało się. Tylko wiecie gdy dziesiątki karabinów maszynowych wycelowanych jest we mnie, to jakoś nie czuję się komfortowo. Pozwolili mi obejść budynki, ale bez robienia zdjęć. No tak, tutaj już nie użyję mojej szpiegowskiej komórki…Kurcze Panie Corbusier…kłaniam się do samych stóp /oznaka przeprosin czy też szacunku w Indiach to dotknięcie stóp drugiej osoby/.

Ciekawe czy projektując myślał, że tysiące uzbrojonych po szyję oficerów będzie strzegło tego miejsca. Ah, tak zaprojektować coś takiego, w sensie, że tak chronionego…..:):):) Jeszcze jeden ukłon i uciekam.

Później musiałam wypytać dlaczego ogrodzenie jest pod prąd i dlaczego na workach z piasku leżą karabiny gotowe do wystrzału i dlaczego dziesiątki mundurowych stoi na straży….Otóż Chandigarh jest stolicą Panjab, a ten graniczy z Pakistanem. No i sprawa wyjaśniona, oni wciąż boją się ataków terrorystycznych. Niby Indie są okay z Pakistanem, ale rzekomo Pakistańczycy nie są wciąż okay. A wszystko przez ziemie Kaszmiru, które wciąż chcą odzyskać.

Ah, ja tam żadnej bomby nie noszę w plecaku, proszę się nie martwić. A zobaczenie dzieł Mistrza było warte ryzyka:) chociaż nie powiem, żeby mi się kolana nie trzęsły….

Ostatnie miejsce na mojej liście: muzeum.

Ah, te przeklęte buty, gdybym przewidziała, że będzie upał….no tak, jak mogłam nie pomyśleć skoro w górach słoneczna zima, a codopiero tutaj na nizinie….hehhehe

Kolejny budynek w buchu modernizmu. A na deser uboczu male muzeum architektury :).

Fajna wycieczka, po całym tym mieszkaniu w górskiej dziczy, po całym tym mieszkaniu na jałowej kulturowo chińskiej ziemi. Można powiedzieć, że ładuję powoli powoli akumulatory.

Oczywiście nie obyło się bez irytującego akcentu. Pewien biały mercedes śledził mnie przez dobre kilka minut, a dziwny typ wrzeszczał zza przyciemnianej szyby do mnie: Haszysz, no mam haszysz dla ciebie, co nie slyszysz, mowie do ciebie, haszysz…f……haszysz…..

Jeszcze tylko dziwna konwersacja na dworcu autobusowym…Haldwanii?…ale stąd nie ma żadnego autobusu do Haldwanii…no ale ja przyjechałam stamtąd…o nie, napewno nie przyjechałaś stamtąd, nie ma tu takich autobusów……a tak ma pani autobus o 7pm….Haldwanii tak autobus jest o 8:30pm…..tak z peronu 18…a nie musi pani iść na koniec dworca i tam gdzieś powinien stać…..proszę stać na peronie 16 i czekać…….

Głowa boli, jednak zabawnie i przynajmniej zobaczyłam co chciałam. Miło spędziłam dewali i teraz mogę wracać w góry :). Do mojej werandy i do Himalaii….

Krótka lekcja życia:

podróżowanie w pojedynkę jako kobieta:

–  gdy ktoś pyta czy podróżuję sama mówię, że mąż z trójką dzieci został w parku zabaw, a ja jako architekt ruszyłam w imieniu całej rodziny na podbój miasta

–  gdy ktoś mnie śledzi łapię taksówkę i uciekam, lub hmmmmm idę tam gdzie dużo ludzi i wtrącam się w rozmowę….heheh trochę nachalnie, ale nie ma innego wyjścia

–  ah w upalny dzień zakaz zakładania conversów!

–  sprawianie sobie prezentu w postaci podwójnego rumu z kawą w samo południe może nie jest zbyt odpowiedzialne, ale czasem niezbędne

–  rozmawianie do siebie i do budynków dozwolone, szczególnie gdy za towarzysza ma się “ducha Le Corbusiera”

–  w stanach poirytowania udwać głucho-niemą lub mówić do ludzi “grzecznie” w ojczystym języku, żeby się “odpie…”-moja specjalność 🙂

–  co za wstyd…..koniecznie powtórzyć daty okrągłego stołu i całej tej historii z Lechem Wałęsą na czele, no i raz na zawsze spamiętać ile tej ludności jest w Polsce…..

–  wielki uśmiech i parę komplementów do wojskowych i każda brama stoi otworem, trochę ryzykowne, no ale czasem trzeba ryzykować żeby zobaczyć co się chce zobaczyć.

–  nie palić haszu od nieznajomych :):)

–  w końcu przyzwyczaić się do tego, że nikt nic nie wie, i że autobusy ruszają o tylko sobie wiadomej porze z tylko sobie wiadomych miejsc :):):)

–  zawsze, ale to zawsze być glamour, trochę “różowych” elementów nie zawadzi:)

Niedziela…poranna kawa w domu rodzinnym Lakshity. Jej mama przygotowała niesamowite śniadanie dla mnie:)

I tak 6 godzin autobusem do Satoli. Po drodze dwa razy przebiła się opona. Na kilka godzin musiałam wziąść na kolana dziecko, które zasypiało na podłodze przyklejone do mojej stopy….nie lubię dzieci….czasem myślę, że autobusy tutaj dostosowują swoją objętość do ludzi. Każdy się zmieśći, każdy….:)

A później nocny spacer w górę i już u siebie. Sama siebie zaskoczyłam, że przestałam się bać chodzić po nocy przez las. A tu tyle węży i lepart…Jednak z drugiej strony nauczyłam się jednego, że najważniejszy jest mój komfort. Co mi się może stać skoro na końcu drogi czeka czysta łazienka i ciepłe łóżko? Wszystko zależy od naszego nastawienia, a nie wychodząc z domu niczego w życiu nie doświadczymy!:)

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: