Pune…..

Wczoraj w nocy zajechalam do Pune. Autobus z Nashik, a wlasciwie z Trimbakeshwar gdzie pojechalam w towarzystwie znajomego na maly hiking….Super gory, wygladaja jak kanion…no i ta przestrzen….

A w Punie….Generalnie…noc, sama na stacji, lekki problem z zakwaterowaniem/tak, nie ma jak to podrozowac na slepo:):)/, pierwszy kontakt z osho ashram….zdecydowanie to nie jest miejsce gdzie chcialam przyjechac.

Wyjezdzam, zobaczymy gdzie!!!

Przy okazji wszystkim Wesolych Swiat!!!

zielono i wojskowo :)

Pachmarhi….a niby ktos wspominal, ze nie warto tam jechac. Wedlug mnie warto warto, mimo ze jest zimno i droga moze byc skomplikowana troszke 🙂

Jedyne co..to atakujace malpy z kazdej strony. One sa wszedzie!

Dzien zaczelysmy od celebracji sniadania, w „ogrodzie”. No ja sie zakochalam w tym miejscu, w koncu mozna odpoczac, jest zupelnie inne, malo ludzi, malo turystow. Spokojnie i zielono. a jedzenie…..jej…..:):):):)

Spacer do swiatyni Shiwy i wspinaczka do swiatyni muslim w gorach. No gory to za duze slowo.  I spacer nad wodospad.

W drodze nad wodospad zatrzymal nas „straznik”/ szczerze nie wygladal na straznika, no ale zazadal 400Rp od osoby…ze co?? Jak to tak, nie ma nigdzie znaka, budki etc… No to sie przedstawilam..Monika:):):) i zaprosilam Pana do wspolnego spaceru 🙂

I tym sposobem wodospad zobaczylysmy o zachodzie slonca. Tylko zadna z nas nie przewidziala, ze pozniej trzeba wracac przez dziki las, gdzie tyle niebezpieczenstw czyha………..

A no tak zapomnialam o najwazniejszym……wojskowa jednostka:)

Tak mam wielki sentyment do munduru, chyba dlatego, ze moj brat ktory jest dla mnie wzorem przez duze W:) jest wojskowym:):):) A tam ich tyluuuuuuuuuuuu.

droga do Pachmarhi

14.12.2010

 Bilet pociagowy kupiony, sniadanie zjedzone no to czekamy na tym kosmicznym dworcu. Hmmm….zly peron? No dobra zmieniamy peron. Pociag nadjezdza, a nasze bilety na general class….hmmmm trzeba bylo zrezygnowac od razu, bo tam ludzie jak sardynki poupychani. My ksiezniczki od razu idziemy do pierwszej klasy rozsiasc sie w korytarzy.

Jedziemy jedziemy a tu Pan Konduktor patrzy na nasze bilety i uuulllaaalllaaaa…….pyta sie mnie jak mam na imie…Monika/ fakt moje imie juz nie raz pomoglo mi w Indiach:)/. Kaze isc nam za soba, wyprasza jednego lokalnego pasazera, zebysmy mogly usiasc?! I idzie po kierownika pociagu….no tak o co chodzi????? Przesympatyczny Pan Kierownik wytlumaczyl nam, ze coz….jestesmy w pociagu jadacym w przeciwna strone :):):) hehehehhehehe!!

Hmmmmmm, no coz…Pan Kierownik nami sie zaopiekuje, a my mamy dwie godzinyw  plecy !

Wysiadamy wspolnie na nastepnej stacji, gdzie zostalysmy nakarmione, napojone herbata i wsiadamy wspolnie do pociag spowrotem do Jabagpur……..w pierwszej klasie:):) w towarzystwie przesympatycznego Pana Kierownika 🙂 W Jabagpur zostalysmy usadzone znow w pierwszej klasie w odpowiednim pociagu! A za oknem juz ciemno ciemno. Przygoda, przygoda…….

Paparija. Tj nasza stacja. Ciemno, pozno, zmeczone. Stad jeepem do Pachmarhi. Dzielonym jeepem, wiec cala nasza trojka miescila sie jak sadrynki w pierwszym rzedzie tej podrozy.

Dojezdzamy…zimno, kierowca wykloca sie o kolejne 50 Rp…hostele tragiczne…..

AAAAA, pozytywne nastawienie. No wiec zaszlysmy do ostatniego hostelu Kalianii, gdzie juz wyplakalysmy cene noclegu, zjadlysmy najlepsze zupy na swiecie. I w tej zimnosci poszlysmy spac!

taniec i smiech w rytmie Osho

13-14.12.2010

Medytacje.

Chwile zastanawiamy sie z Paulina czy nie zostac na tydzien….kuszaca propozycja.

Jednak jedziemy dalej cala trojka wspaniala.

Jabagpur

11.12.2010

Pociag Delhi-Jabagpur gdz 16 10 opozniony do 17 50……..milao byc 12 gdz a zrobilo sie 17 gdz jazdy. No i choroba zoladkowa. Ah dobrze, ze w pociagu, w spiacym przedziale, wszytsko super. Mialam relaksacyjny czas w toalecie ciuchciowej :):):)

12.12.2010

Z dworca w jabagpur odebral mnie pewien doktor, ktory ponoc zrezygnowal z gry w golfa, aby mi towarzyszyc caly dzien…smieje sie z tego, bo co minute podkreslal tego golfa :):)

Za to zabral mnie do siebie do domu, cudownego domu atrialnego, ktorego strzegl pocieszny labradol…kapiel, lunch i jade z nim i jego zona na piknik nad wodospady. Sypmatyczne malzenstwo, tylko tak czasem sie zastanawiam czy goscinnsc chindusow, to ich nakaz wynikajacy z filozofii czy oni tacy sa sami z siebie…sama juz sie gubie w tym, aczkolwiek i tak sa mili i otwarci. Kazdy chce pomagac i chce zebysmy my z europy polubili Indie:):)

Wieczorem spotykam sie z dziewczynami….Osho ashram!!!!

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.